MÓWIĄCE KAMIENIE

Łyskowo. Legenda o panu na Łyskowie i jego psie

zdjecie

Z początkiem XIX stulecia Łyskowo nabył niemiecki kupiec rodem z Berlina. Po pewnym czasie ową posiadłość przejął jego potomek, człowiek wielkoduszny, ale samotny. Szczególnym uczuciem darzył konie. Dbał o nie, każdego dnia doglądając osobiście i czuwając nad ich właściwą pielęgnacją. Po latach pracy jego hodowla stała się jedną z bardziej sławnych i znaczących w okolicy.
Sąsiedzi z zazdrością spoglądali, gdy w pogodne niedzielne popołudnia objeżdżał okolicę siedząc dumnie w kolasce, do której zaprzęgnięte były najbardziej dostojne rumaki. W swoich wędrówkach bardzo często udawał się nad Brdę, gdzie w miejscu zwanym Piekiełkiem podziwiał, zmagający się z naturalnymi przeszkodami, nurt wody. Spoglądał jak rzeka uparcie podąża dalej, nie zważając na głazy oraz zwalone konary drzew.
Jego jedynym towarzyszem owych leśnych wędrówek był pies, do którego często mówił, dzieląc się z nim swoimi radościami, a także smutkami. Zawsze, gdy podchodził do zaprzęgniętej kolaski, jego przyjaciel już warował, oczekując na zaproszenie do wspólnego spaceru. Jak już je otrzymał to radośnie merdał ogonem obiegając kilka razy przygotowany zaprzęg.
Mijał czas. Kolejne lata utwierdzały właściciela Łyskowa w przekonaniu, iż tak naprawdę jego jedynymi przyjaciółmi są konie oraz pies, zawsze wiernie kroczący tuż obok swego pana.
Przeczuwając rychły koniec swego żywota zarządził, aby w razie śmierci psa pochować go obok jego doczesnych szczątków.
Mimo tego, że wielu się to nie podobało, tak też uczyniono. Umarł pan na Łyskowie. Wkrótce potem, jak mówiono, z tęsknoty, odszedł pies.
Jednak spełnienie tego dziwnego życzenia nie zagwarantowało spokoju mieszkańcom tej wsi. Po jakimś czasie, prawie każdej nocy, ze stajni zaczął dochodzić straszliwy hałas. Gdy przerażeni ludzie przybiegali sprawdzić co się dzieje ujrzeli zmęczone i spocone konie, jak gdyby przed chwilą przyprowadzono je z pola po całodziennej ciężkiej pracy. Wkrótce domyślono się, że to ich zmarły pan je tak zamęcza.
Innym razem o północy usłyszano szczekanie psa. Niektórzy z ciekawości wyszli przed domy zobaczyć co się dzieje. Ku ogromnemu przerażeniu ujrzeli swego zmarłego pana, który jechał w kolasce, a obok biegł jego ukochany pies. Następnej nocy, kiedy ponownie usłyszano szczekanie psa nikt, nawet przez okno, nie wyjrzał sprawdzić jakaż tego jest przyczyna.
Na mieszkańców Łyskowa padł strach. Nie mogli w polu pracować, bo zmęczone konie nie chciały rano stajni opuszczać. Oni sami prawie żadnej nocy nie spali spokojnie z powodu ujadania zjawy. W końcu po wielu dyskusjach postanowili, że trzeba doczesne szczątki pana jak i jego psa wywieźć poza wieś. Uradzili, iż najlepiej zrobić to wtedy, gdy w stajni znowu będzie słychać ów niewytłumaczalny hałas. Pod koniec dnia przygotowali wóz zaprzęgnięty w dwa konie, a przy drodze prowadzącej ku Brdzie wykopali nowy grób. Kiedy po zapadnięciu zmroku zaczął dochodzić do nich hałas ze stajni otworzyli kryptę i wyjęli trumnę ze szczątkami pana i jego psa. Ostrożnie ustawili ją na wozie. Kiedy postanowili ruszyć, konie ani drgnęły. Nie pomogło pociąganie za uprząż, ani bicie batem. Nie drgnęły z miejsca. Tym czasem hałas w stajni ustawał, a do nich zaczęło dobiegać szczekanie zbliżającego się psa. Przerażeni trumnę ponownie złożyli w krypcie uciekając co sił w nogach do swoich domów.
Kolejne noce stały się jeszcze bardziej przerażające. Od zmroku do świtu w całej wsi było słychać odgłosy męczonych w stajni koni. A kto jeno wychylił głowę z domu zaraz tuż obok siebie słyszał ujadanie psa. Wszyscy zrozumieli, że to jakieś nieczyste siły grasują po okolicy. Co odważniejsi mężczyźni zebrali się ponownie i postanowili, że jeszcze raz spróbują wywieźć ciało ich zmarłego pana. Przygotowali wóz, do którego tym razem zaprzęgli woły. Jak tylko zapadł zmrok otworzyli kryptę, wyciągnęli trumnę i postawili na wozie. Woły powoli ruszyły przewożąc ciało pana na Łyskowie na nowe miejsce. Im bliżej byli celu, tym wyraźniej słyszeli ujadanie psa, które dochodziło ich od strony pustej krypty. Mimo ogromnego przerażenia postanowili, że bez względu na to, co się stanie, zrealizują swój zamiar. Gdy już byli na miejscu zdawali sobie sprawę, że zjawa psa jest tuż za ich plecami. Jednak w chwili ułożenia trumny w nowym grobie zapanowała taka cisza, że słyszeli jak biją ich własne serca. Niepewni jutra wrócili do swoich domów. Od tej pory już nigdy więcej w nocy nie dochodził hałas ze stajni. Także ani razu nikt nie ujrzał zmarłego pana, jeżdżącego po okolicy w kolasce, ani jego ukochanego psa.

Nagrałeś ciekawą trasę w Borowiackich Szlakach?
dodaj
Chcesz dodać ciekawy obiekt do Borowiackich Szlaków?
dodaj
Znasz interesującą historię o Borowiackich Szlakach?
dodaj